Ostrzegam, że poniższa notka rozprawia się z tym, co zaczęło mnie niedawno męczyć. To nie atak na wszystkie blogujące, a ogół obserwacji, które poczyniłam.
Żałuję, ze tak wiele czasu spędziłam na oglądaniu internetowej modowej sieczki. Dość mam krzykliwego Pudelka, gdy loguję się do poczty o2. Zmęczył mnie Wizaż i niektóre dyskusje, coraz bardziej dające mi do zrozumienia, co oznacza powiedzenie babskie gadanie. Jestem zmęczona moją praca magisterską, do której ukończenia zostało mi maksymalnie 15 stron. Wałkowanie w kółko świata kobiet, mody i urody.
A szczególnie dość mam blogów o modzie.
Jest kilka, które cenię: prowadzą je dziewczyny mające własny styl, kupujące w lumpeksach i - co najważniejsze - mające UMIAR.
Te najbardziej znane blogerki/szafiarki (zwał jak zwał) to albo komercyjne pseudogwiazdy, hulające po bankietach w ciuchach sponsorów, albo osoby cierpiące na zaburzenia kompulsywne - zakupoholiczki.
Nie, nie jestem zazdrosna. Po 1,5 roku obserwowania poczynań blogów większych i mniejszych zmęczyło mnie to wszystko. Owczy pęd do bycia modną, stado przyklaskujących licealistek, gdy ich ulubiona gwiazda sfotografuje się w worku po ziemniakach Gucci. Równie drażniąco wpływa na mnie nadużywanie przyimka od używanego w odniesieniu do rzeczy markowych. Z tego, co wiem, przyimek ten zazwyczaj wskazuje na prezent. Chyba że naprawdę sponsorzy przesyłają rodzimym gwiazdeczkom drogie podarunki.
Apogeum nastąpiło, gdy na moich ulubionych blogach zaczęły pojawiać się reklamy pasty do zębów. Gdy zobaczyłam nabywcę foliowej reklamówki za 500 zł. Gdy trafiłam na jeden blog, na którym autorka napisała, że nie prała 80% swoich rzeczy, bo miała je na sobie tylko raz. Przeraża mnie to, że dziewczyny, które piszą coś w stylu: "szkoda, że teściowa poszła do szpitala, teraz ja będę musiała gotować", które mają ciągły debet na koncie, bo ich jedyną wielką pasją jest kupowanie, znajdują taki poklask. Żyjemy w czasach wielkiej konsumpcji: wzrokowej, doznaniowej, gdzie przestały liczyć się prawdziwe wartości.
Nie wiem, czy to moja intuicja, czy wmówienie sobie, że te uśmiechnięte buźki studentek to rodzaj mitologicznych Narcyzów, pozujących na istoty równie urocze, co sympatyczne, rekompensujących sobie pewne braki sztucznym światem mody. Na blogach nie ma koleżanek, nie ma studiowania, nie ma pracy, nie ma rodziny, nie ma problemów. Są uśmieszki, ciuszki, drogie obiadki (bynajmniej nie jest to schabowy z kapustą), uściski faceta na tle zachodzącego słońca. Idealizacja ponad wszystko. Nie ma dnia na łzy bezradności, gorzkie refleksje, bo przecież codziennie trzeba uwiecznić swój uśmiech na tle parku w najnowszych nabytkach z Zary.
Drażni mnie obnoszenie się z luksusem w kraju, gdzie co drugi absolwent pracuje na umowę zlecenie za 1200 zł albo bezskutecznie szuka pracy tułając się od stażu do stażu. No ale przecież mamy kapitalizm, nie wolno nikomu zaglądać do kieszeni. Nie, nie jestem zazdrosna.
Oburza mnie, że pannice, które lekką ręką wydają pieniądze na rzeczy, których w ogóle nie noszą (i organizują wyprzedaże z nowymi rzeczami bądź założonymi raz do zdjęcia), są wspierane w swoim bezsensownym postępowaniu.
Blogi miały inspirować, pokazać, jak fajnie można się ubrać na kieszeń studenta, wyrazić swoje bogate wnętrze ubiorem. Teraz stanowią przyczynek do wzięcia udziału w gonitwie za luksusem i konsumpcją.
Można zapytać która to blogerka nie prała rzeczy przed sprzedażą ich?
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy wpis, zgadzam się prawie w całości z Tobą :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Anonimowy: myślałam o kilku osobach, pisząc tę notkę. Jedna z nich kupuje ciuchy, nie nosi ich i sprzedaje, druga kupuje, zakłada raz i składuje w domu na kupkach... Nie podam adresu, nie mam go też w linkach. Przeraża mnie takie zachowanie.
OdpowiedzUsuńMagdules: Cieszę się, że notka się spodobała. Już jakiś czas leżało mi to wszystko na wątrobie.
Musze sie zgodzic z tym wpisem....masz racje w swoich obserwacjach.
OdpowiedzUsuńMnie też już zaczyna męczyć wizaż i ten owczy pęd blogerek za modą. Na wizażu rozpanoszyło się takie chamstwo, że czasem aż żal czytać. Podpisuję się pod prawie całym twoim postem ;)
OdpowiedzUsuńŚwięta racja. Czasem już lepiej się schylić ku minimalizmowi, który jako odpowiedź na konsumpcyjną kulturę mówi: "stop, czy to aby jest mi potrzebne? czy zbliża mnie do szczęścia?". Guru minimalizmu posiadają w sumie 100-50 rzeczy, ale nie trzeba się prześcigiwać w tym kto ma mniej, aby zacząć żyć w duchu tej filozofii. Bo konsumpcja -to tragiczne marnowanie zasobów - czasu, pieniędzy, życia, energii, Ziemi... //mam nadzieję że nie zabrzmiałam zbyt zielono;) do ekologów mi daleko;) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńMiło mi, że są dziewczyny, które podzielają mój pogląd. Mogę szczerze wyznać, że kiedyś byłam bliska zakupoholizmowi - byłam za granicą, miałam więcej pieniędzy niż potrzebuję. Samotne depresyjne wieczory spędzałam w sklepach, bo nadchodziły święta. Znosiło się różne rzeczy do domu, potem jednak byłam zła na siebie po co mi to wszystko. Gdy człowiek nie ma świadomości, ile jest ładnych ubrań w sklepie, jest szczęśliwszy, bo nie budzi się w nim dzika żądza posiadania. dz, jestem zadania, że konsumpcja to nie poprawa bytu zwykłych pracowników, tylko dopieszczanie obrzydliwie bogatych ludzi stojących na górze tej machiny. To, że moda zmienia się co kilka miesięcy, jest najzwyczajniejszym marnotrawstwem zasobów ziemskich. Wytwarza się ubrania niskiej jakości, które szybko przestają być modne czy zdatne do użytku. Ludzie uważają za potrzebne coś, czego w istocie nie potrzebują - to moda i centra handlowe często wytwarzają nasze potrzeby.
OdpowiedzUsuńModa była zawsze. Kilka razy w roku słyszę wspomnienia ciotek nad kosmicznie niepraktycznymi rzeczami, np. plastikowe kozaki za kolano noszone latem. Ludzie mieli mniej, bo było mniej.
OdpowiedzUsuńNie wiem, w jakim środowisku się obracasz ale, moje koleżanki zarabiają 4000-10000. Wszystkie maksymalnie trzy lata po studiach, kupują normalne ilości ubrań, ale każda ma jakiegoś konika - zdrowe odżywianie, koty, książki, płyty. To wszystko też kosztuje i nakręca machinę, po prostu jeden obiekt pożądań jest bardziej wysublimowany, a drugi mniej.
Nie musimy jeść słodyczy/pić coca-coli/ćwiczyć w celu osiągnięcia harmonijnej sylwetki/ ubierać się modnie/jeździć w tropiki itd. ale to SMAKUJE, to jest po prostu fajne. I też było zawsze - mój dziadek kupował książki, mój kuzyn ze 3 tysiące spławików, drugi kuzyn - modele samolotów. To również nie jest niezbędne.
A mogę Cię zapytać co konkretnie po jakimś czasie nie nadaje się do użytku? Ubieram się w lumpeksach, czyli jestem ze 2 lata do tyłu, i uważam, że wciąż wyglądam modnie.
Ola
Moda jest fajna, tylko jak ze wszystkim - trzeba umieć z niej korzystać.
OdpowiedzUsuńOdpowiadam na Twoje pytanie: niektóre ubrania z tzw. sieciówek niewarte są swojej ceny - wiele rzeczy np. z H&M szybko się mechaci, rozciąga. Mój współlokator pracuje w magazynie H&M i przyjmuje zwroty z online shopów, bo wiele rzeczy nie spełnia wymagań klienta.
Też ubieram się w lumpeksach, bo to lubię. Wprawdzie stać mnie od czasu do czasu na rzeczy sklepowe, ale zawsze znajduję tego odpowiedniki w lumpach, z metkami, więc szkoda mi kasy. I lubię tę radość z poszukiwań. ;)
PS W tej notce nie chodzi mi o Charlize Mystery, tylko o blogerki, których nie mam w linkach, a które przerażają mnie swoim zepsuciem.
Ok, teraz Cię rozumiem, jeśli chodzi o modę. Ale to, co dziewczyny pokazują na blogach, to codzienność wielu ludzi. Obce osoby, zwykli znajomi widzą to, co pokazują blogerki - ubrania, obiadki, wakacje i uśmieszki.
OdpowiedzUsuńJednak problemy, praca (w moim przypadku właściwie brak) to rzeczy dla wybranych, o których się nie trąbi byle komu. Przeraża mnie to, że ktoś mógłby mnie ocenić jako konsumpcjonistkę bez żadnych zainteresowań wyższego lotu, bo lubię sushi, mam ładne ubrania i jeżdżę na narty czy wakacje za granicę (i mam na to swoje pieniądze).
Też mnie stać czasem coś kupić, ale wolę mieć taniej, zresztą mam duszę szperacza. A mam to szczęście (lub nieszczęście), że ubrania mi się nie niszczą, za to buty - bardzo.
Ola
zgadzam się. nie jestem znaną postacią internetową, ale dużo obserwuję (podobnie jak Ty) i momentami jestem załamana. czasem z moim kupowaniem raz na jakiś czas czuję się niepasująca do tego całego świata, ale nie zamierzam tego zmieniać, bo postawa a la szafiarki jest po prostu idiotyczna.
OdpowiedzUsuńdodałam Cię do obserwowanych, ciekawie piszesz i na pewno będę zaglądać :)
ciekawie napisane, z pewnością jest w tym dużo racji :)
OdpowiedzUsuń