Tymczasowo nie mam Internetu (a to nawet dobrze). Korzystam z uprzejmości mojego współlokatora i kumpla zarazem. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić wynajętej szafie.
Choć nie mam dziś tak bojowego nastroju jak w dniu dodania wpisu potępiającego blogowe pustostany, uznałam, że warto zamieścić tu nieco nowego. Sinusoida mojego humoru balansuje między zerem a wielkim minusem, dlatego, by nie myśleć o sobie (niewychodzenie poza siebie podczas smutku nasila przykre jego objawy), zajmę Drogich Czytelników rzeczami błahymi. Zapraszam Was do obejrzenia szafy pani Grażynki, od której wynajmuję pokój. Jejmość Grażynka wie, że jej mieszkanie ma zaledwie 3 zalety: widok (15 piętro), metraż i układ (70 m kw., 3 pokoje, wielki korytarz z oknem, osobna łazienka i WC) oraz wielkie szafy Komandor. Dlatego też żywię nadzieję, że sobotni potencjalni klienci przybyli w celu obejrzenia lokum, zniechęceni są wysokim czynszem i koniecznością generalnego remontu, dlatego nie eksmitują czworga sympatycznych studentów. A teraz utrwalam szafę, ten patent zapamiętam i powielę, gdy za 50 lat dorobię się własnych kilku ścian, rur, przewodów i okien, potocznie zwanych mieszkaniem. A tymczasem zapraszam do szafy! (Póki jeszcze mogę z niej korzystać).
Tańsza wersja wieszaków - plastikowe na sukienki i koszule. Obwieszone letnimi sukienkami szybko się nie wygną, poza tym mają praktyczne haczyki na tasiemkowe wieszaczki.
Wersja burżujska - wieszaki drewniane na odzież wierzchnią. To były najdroższe wieszaki w moim życiu, a dorwałam je w sklepie z chińszczyzną. Płacąc za nie, zgubiłam przy kasie 50 zł (kocham portfel Stradivarius z dziurawymi przegródkami, wrrr). 8 sztuk w IKEA kosztuje 16 zł.
Należę do rzadkiego typu pedantów. Jak nie wieszak, to kosteczka. Tak składam bluzki, minispódniczki, T-shirty i spodnie. Na punkcie prania mam podobnego świra. Używam płynów do prania i płukania. Gdy mieszkałam na co dzień w domu rodzinnym, praniem zajmowała się mama, która niechcący robiła mnie na szaro - spierała moje ukochane czarne bluzki i spodnie Persilem. Dziś wszystko piorę sama - uwielbiam zapach świeżych ubrań. A oto mój ulubiony płyn do płukania, niestety coraz rzadziej dostępny:
A teraz to, co kobiety lubią najbardziej - buty. Pokazuję jedynie część kolekcji, reszta jest na chorobowym (naprawy u szewca) albo na urlopie (w domu rodzinnym - ostatnio jak prawdziwa kobieta nie zmieściłam wszystkich swoich rzeczy do jednej walizki):
Proszę się nie śmiać z filcowych wkładek. Żelowych nigdy więcej. :P
A zimowe swetry i buty trzymam w kartonach kupionych w Black Red White (polska namiastka IKEA, polecam):
A jak Wy przechowujecie swoje ubrania?
Następnym razem umieszczę wpisy poświęcone sukienkom i moim wędrówkom po Poznaniu (czyli ani słowa o ubraniach i modzie).
30.8.11
27.8.11
POŻEGNANIE Z SIECZKĄ
Ostrzegam, że poniższa notka rozprawia się z tym, co zaczęło mnie niedawno męczyć. To nie atak na wszystkie blogujące, a ogół obserwacji, które poczyniłam.
Żałuję, ze tak wiele czasu spędziłam na oglądaniu internetowej modowej sieczki. Dość mam krzykliwego Pudelka, gdy loguję się do poczty o2. Zmęczył mnie Wizaż i niektóre dyskusje, coraz bardziej dające mi do zrozumienia, co oznacza powiedzenie babskie gadanie. Jestem zmęczona moją praca magisterską, do której ukończenia zostało mi maksymalnie 15 stron. Wałkowanie w kółko świata kobiet, mody i urody.
A szczególnie dość mam blogów o modzie.
Jest kilka, które cenię: prowadzą je dziewczyny mające własny styl, kupujące w lumpeksach i - co najważniejsze - mające UMIAR.
Te najbardziej znane blogerki/szafiarki (zwał jak zwał) to albo komercyjne pseudogwiazdy, hulające po bankietach w ciuchach sponsorów, albo osoby cierpiące na zaburzenia kompulsywne - zakupoholiczki.
Nie, nie jestem zazdrosna. Po 1,5 roku obserwowania poczynań blogów większych i mniejszych zmęczyło mnie to wszystko. Owczy pęd do bycia modną, stado przyklaskujących licealistek, gdy ich ulubiona gwiazda sfotografuje się w worku po ziemniakach Gucci. Równie drażniąco wpływa na mnie nadużywanie przyimka od używanego w odniesieniu do rzeczy markowych. Z tego, co wiem, przyimek ten zazwyczaj wskazuje na prezent. Chyba że naprawdę sponsorzy przesyłają rodzimym gwiazdeczkom drogie podarunki.
Apogeum nastąpiło, gdy na moich ulubionych blogach zaczęły pojawiać się reklamy pasty do zębów. Gdy zobaczyłam nabywcę foliowej reklamówki za 500 zł. Gdy trafiłam na jeden blog, na którym autorka napisała, że nie prała 80% swoich rzeczy, bo miała je na sobie tylko raz. Przeraża mnie to, że dziewczyny, które piszą coś w stylu: "szkoda, że teściowa poszła do szpitala, teraz ja będę musiała gotować", które mają ciągły debet na koncie, bo ich jedyną wielką pasją jest kupowanie, znajdują taki poklask. Żyjemy w czasach wielkiej konsumpcji: wzrokowej, doznaniowej, gdzie przestały liczyć się prawdziwe wartości.
Nie wiem, czy to moja intuicja, czy wmówienie sobie, że te uśmiechnięte buźki studentek to rodzaj mitologicznych Narcyzów, pozujących na istoty równie urocze, co sympatyczne, rekompensujących sobie pewne braki sztucznym światem mody. Na blogach nie ma koleżanek, nie ma studiowania, nie ma pracy, nie ma rodziny, nie ma problemów. Są uśmieszki, ciuszki, drogie obiadki (bynajmniej nie jest to schabowy z kapustą), uściski faceta na tle zachodzącego słońca. Idealizacja ponad wszystko. Nie ma dnia na łzy bezradności, gorzkie refleksje, bo przecież codziennie trzeba uwiecznić swój uśmiech na tle parku w najnowszych nabytkach z Zary.
Drażni mnie obnoszenie się z luksusem w kraju, gdzie co drugi absolwent pracuje na umowę zlecenie za 1200 zł albo bezskutecznie szuka pracy tułając się od stażu do stażu. No ale przecież mamy kapitalizm, nie wolno nikomu zaglądać do kieszeni. Nie, nie jestem zazdrosna.
Oburza mnie, że pannice, które lekką ręką wydają pieniądze na rzeczy, których w ogóle nie noszą (i organizują wyprzedaże z nowymi rzeczami bądź założonymi raz do zdjęcia), są wspierane w swoim bezsensownym postępowaniu.
Blogi miały inspirować, pokazać, jak fajnie można się ubrać na kieszeń studenta, wyrazić swoje bogate wnętrze ubiorem. Teraz stanowią przyczynek do wzięcia udziału w gonitwie za luksusem i konsumpcją.
23.8.11
"NASZE DOMY OBOK FABRYK"...
Muzyka inspiruje mnie wyłącznie literacko. Jak zatem ubrać się do tej piosenki?
Ci panowie byli co najmniej stylowi...
Ci panowie byli co najmniej stylowi...
21.8.11
IKONY KINA I URODY Z PRL-U
Kobieta nie tylko zmienną, ale różnorodną jest. Bardzo lubię styl rockowy (blog Irji czy jej przyjaciółki Missi), styl elegancki i kobiecy (blog Gabi, Katarzyny oraz zagraniczny Kayture), styl retro/pin up (blog Magdy). Moje gusta tworzą hybrydyczną całość, więc każdego dnia wybieram jeden z trzech.
Dziś chciałam Wam pokazać moje kobiece ideały retro. W Poznaniu nie mam wynalazku szatana - telewizora, więc, korzystając z pobytu w domu rodzinnym, spędziłam część niedzieli na oglądaniu ciekawych filmów. Raz do roku można, a nuż puszczą coś godnego uwagi. ;) Po raz kolejny miałam dziś okazję zobaczyć na PL "Lekarstwo na miłość" z Kaliną Jędrusik i Krystyną Sienkiewicz. Patrzyłam z podziwem na urodę i styl kobiet z lat 60. Aż zapytałam mamę, czy każda kobieta wówczas tak ładnie wyglądała - rodzicielka potwierdziła i odpowiedziała, że wówczas nie do pomyślenia było niechlujstwo. Zaczęłam więc po raz kolejny zastanawiać się nad naszą konsumpcyjną rzeczywistością, w której jeansy i krzykliwe nadruki na koszulkach grają pierwsze skrzypce. (A sama takie noszę).
Nie mam dziś weny na pisanie z polotem, zostawiam Was ze zdjęciami kobiet, które były ikonami lat 60.
Niezapomniana Kalina Jędrusik. Choc jej uroda nie do końca do mnie przemawia, uwielbiam jej styl i sposób bycia:
... i w duecie z Krystyną Sienkiewicz:
A tu sama Krystyna:
I, niestety, zapomniana już Krystyna Stypułkowska. Uroda w stylu Audrey Hepburn. Sarnie oczy, delikatna dziewczęcość i zwiewne ruchy. Tu w filmie Wajdy "Niewinni czarodzieje". Ach, gdyby każdy facet w ten sposób podrywał kobietę...
Podoby fason sukienki był niedawno w Zarze. ;) Dość chodliwy towar.
Zapomniałabym jeszcze o sympatycznej pyzatej Anuli z "Wojny domowej":
Dziś chciałam Wam pokazać moje kobiece ideały retro. W Poznaniu nie mam wynalazku szatana - telewizora, więc, korzystając z pobytu w domu rodzinnym, spędziłam część niedzieli na oglądaniu ciekawych filmów. Raz do roku można, a nuż puszczą coś godnego uwagi. ;) Po raz kolejny miałam dziś okazję zobaczyć na PL "Lekarstwo na miłość" z Kaliną Jędrusik i Krystyną Sienkiewicz. Patrzyłam z podziwem na urodę i styl kobiet z lat 60. Aż zapytałam mamę, czy każda kobieta wówczas tak ładnie wyglądała - rodzicielka potwierdziła i odpowiedziała, że wówczas nie do pomyślenia było niechlujstwo. Zaczęłam więc po raz kolejny zastanawiać się nad naszą konsumpcyjną rzeczywistością, w której jeansy i krzykliwe nadruki na koszulkach grają pierwsze skrzypce. (A sama takie noszę).
Nie mam dziś weny na pisanie z polotem, zostawiam Was ze zdjęciami kobiet, które były ikonami lat 60.
Niezapomniana Kalina Jędrusik. Choc jej uroda nie do końca do mnie przemawia, uwielbiam jej styl i sposób bycia:
A tu sama Krystyna:
Najdelikatniejsza uroda, kobieta-lilia. Przepiękna Pola Raksa:
I, niestety, zapomniana już Krystyna Stypułkowska. Uroda w stylu Audrey Hepburn. Sarnie oczy, delikatna dziewczęcość i zwiewne ruchy. Tu w filmie Wajdy "Niewinni czarodzieje". Ach, gdyby każdy facet w ten sposób podrywał kobietę...
Podoby fason sukienki był niedawno w Zarze. ;) Dość chodliwy towar.
Zapomniałabym jeszcze o sympatycznej pyzatej Anuli z "Wojny domowej":
Oprócz tego, że zaczęłam malować oczy eye-linerem (nareszcie się nauczyłam), w momentach złości na plączące się włosy (mam prawie do pasa) chcę je ściąć i mieć fryzurę jak większość powyższych aktorek. Na ten krok pewnie w najbliższym czasie się nie odważę. Zresztą, co ze mnie za dama retro w ramonesce...
Notka ta nareszcie jest zgodna z pierwotna ideą tego bloga - pokazuję modę, wartościując ją. Zdjęcia własne mi nie wychodzą. ;)
No, to idę na rower, póki jestem w zielonym mieście.
18.8.11
ZLUMP SIĘ NA WYJŚCIE!
Gdy się nie ma, co się lubi:
... to się lubi, co się ma:
I szczerze wątpię, że będę paradować z Chanel 2.55, gdyż nie mam zadatków na kobietę biznesu, a odrzuca mnie szukanie faceta, gdzie jedynym kryterium jest jego status majątkowy.
Poniżej wycięte do granic możliwości zdjęcia z wypadu na piwo. Sentymentalnego, po latach. A pod zdjęciami recepta na to, jak się zlumpić wyjściowo.
... to się lubi, co się ma:
I szczerze wątpię, że będę paradować z Chanel 2.55, gdyż nie mam zadatków na kobietę biznesu, a odrzuca mnie szukanie faceta, gdzie jedynym kryterium jest jego status majątkowy.
Poniżej wycięte do granic możliwości zdjęcia z wypadu na piwo. Sentymentalnego, po latach. A pod zdjęciami recepta na to, jak się zlumpić wyjściowo.
kurtka - lump
srebrny sweter - lump H&M Divided
legginsy - zwykłe
buty - lump New Look
torebka - Terranova
wisior z lusterkiem - H&M
16.8.11
PRODUKTY Z NIEMIECKIEGO ROSSMANNA
W Berlinie nie byłam, co mnie bardzo rozczarowało, tym bardziej, że o nagłej przeszkodzie dowiedziałam się 6 godzin przed wyjazdem. Mimo to postanowiłam dodać obiecaną notkę. Wpis dedykuję Irji, która zachęciła mnie do prowadzenia tego bloga i czasem tu zagląda. ;) Od mojego powrotu z Niemiec minął rok, jednak na domowej półce nadal goszczą świetne kosmetyki zakupione w stolicy naszych zachodnich sąsiadów. Obecnie, widząc kosmetyki w polskim Rossmannie, zastanawiam się, dlaczego u nas jest drożej. Czy wiecie, że żele pod prysznic Isana sprzedawane w Polsce po 3,99 zł rok temu w niemieckim Rossmannie można było kupić po 49 centów, czyli ok. 2 zł? Czy wiecie, że żele pod prysznic w Niemczech kosztują mniej niż w Polsce z promocją? Pamiętam, że za Nivea płaciłam 1,45 euro, czyli 6 zł. W Polsce to wydatek co najmniej 9 zł. Nie wiem, jak to jest. Być może wpływ ma na to fakt, że podatek VAT w Niemczech wynosi 19%, a gospodarka jest na o wiele wyższym poziomie rozwoju. Jeśli chcecie wypróbować niemieckich kosmetyków czy chemii gospodarczej, polecam straganiki. Przekonacie się, że Niemcy przede wszystkim cenią jakość. Kupując kosmetyki, zwracajcie uwagę na czerwono-białe naklejki z ekotestem. Lenor Lenorowi nierówny. ;)
A oto moje kosmetyczne pozostałości:
Od lewej:
1. Balsam Fenjal - rewelacja, konsystencja mleczka, delikatny zapach, żadnych parabenów w składzie. Ekotest - produkt bardzo dobry. Balsam kosztował ok. 3 euro, tj. 12 zł. Kosmetyk od niedawna dostępny jest w Polsce, a jego cena woła o pomstę do nieba.
2. Balsam Florena - marka Florena powstała jeszcze w czasach DDR, jednak nie ma ona nic wspólnego z komunistyczną "jakością". Są to tanie kosmetyki, jednak szybko zapałałam do nich miłością. Balsam pięknie pachnie, nie znam nic polskiego, co by ten zapach przypominało. Kosmetyk zawiera masło shea, świetnie nawilża, bo jest lekko tłustawy - w sam raz na zimę. Ekotest - bardzo dobry. Cena ok. 3-3,50 euro, tj. 12-14 zł.
3. Dezodorant Impulse Vanila - to już klasyk. Nie mdli, otula lekką charakterystyczną mgiełką freonowej wanilii. Szkoda, że w Polsce już go nie ma. Cena 1,45 euro, tj. ok. 6 zł.
4. Kakaowe masło do ciała Welness&Beauty - jeszcze hermetycznie zamknięte. Zakochałam się w zapachu (sprawdziłam na żelu pod prysznic z tej serii - żel dostaniecie w Polsce) . Kosmetyk kosztował 2,50 euro, tj. 10 zł.
5-6. Kremy do rąk Florena - rewelacyjnie nawilżają dłonie, otulają je boskimi zapachami i nie powodują uczucia lepkości - wchłaniają się błyskawicznie. Rozmiar normalny - 1 euro, tj. 4 zł, wersja mini do torebki - 50 centów, tj. 2 zł. Uwielbiałam testować kosmetyki na wersjach mini, których w Niemczech jest zatrzęsienie.
A tutaj są najlepsze bibułki matujące jakie miałam i elegancki puder rossmannowej marki Rival de Loop. Bibułek jest 60, są dość duże i świetnie spełniają swoje zadanie. W opakowaniu wbudowane jest lusterko. Bibułki kosztowały ok. 1,50 euro, tj. 6 zł. Puder z kolei kosztował ok. 2,50 euro, tj. 10 zł. Miałam jeszcze drugi puder - mineralny. Obydwa spisywały się świetnie i także mają w pudełku małe lusterko.
Codziennie w drodze z uczelni mijałam 3 Rossmanny, często do nich wstępowałam. Gdy będziecie w Niemczech, koniecznie zajrzyjcie do tej drogerii. Polecam także DM - znajdziecie tam słynne lakiery p2. Jest tam także sporo kosmetyków Essence i żele pod prysznic za 65 centów pachnące owocami. ;)
A oto moje kosmetyczne pozostałości:
Od lewej:
1. Balsam Fenjal - rewelacja, konsystencja mleczka, delikatny zapach, żadnych parabenów w składzie. Ekotest - produkt bardzo dobry. Balsam kosztował ok. 3 euro, tj. 12 zł. Kosmetyk od niedawna dostępny jest w Polsce, a jego cena woła o pomstę do nieba.
2. Balsam Florena - marka Florena powstała jeszcze w czasach DDR, jednak nie ma ona nic wspólnego z komunistyczną "jakością". Są to tanie kosmetyki, jednak szybko zapałałam do nich miłością. Balsam pięknie pachnie, nie znam nic polskiego, co by ten zapach przypominało. Kosmetyk zawiera masło shea, świetnie nawilża, bo jest lekko tłustawy - w sam raz na zimę. Ekotest - bardzo dobry. Cena ok. 3-3,50 euro, tj. 12-14 zł.
3. Dezodorant Impulse Vanila - to już klasyk. Nie mdli, otula lekką charakterystyczną mgiełką freonowej wanilii. Szkoda, że w Polsce już go nie ma. Cena 1,45 euro, tj. ok. 6 zł.
4. Kakaowe masło do ciała Welness&Beauty - jeszcze hermetycznie zamknięte. Zakochałam się w zapachu (sprawdziłam na żelu pod prysznic z tej serii - żel dostaniecie w Polsce) . Kosmetyk kosztował 2,50 euro, tj. 10 zł.
5-6. Kremy do rąk Florena - rewelacyjnie nawilżają dłonie, otulają je boskimi zapachami i nie powodują uczucia lepkości - wchłaniają się błyskawicznie. Rozmiar normalny - 1 euro, tj. 4 zł, wersja mini do torebki - 50 centów, tj. 2 zł. Uwielbiałam testować kosmetyki na wersjach mini, których w Niemczech jest zatrzęsienie.
A tutaj są najlepsze bibułki matujące jakie miałam i elegancki puder rossmannowej marki Rival de Loop. Bibułek jest 60, są dość duże i świetnie spełniają swoje zadanie. W opakowaniu wbudowane jest lusterko. Bibułki kosztowały ok. 1,50 euro, tj. 6 zł. Puder z kolei kosztował ok. 2,50 euro, tj. 10 zł. Miałam jeszcze drugi puder - mineralny. Obydwa spisywały się świetnie i także mają w pudełku małe lusterko.
Codziennie w drodze z uczelni mijałam 3 Rossmanny, często do nich wstępowałam. Gdy będziecie w Niemczech, koniecznie zajrzyjcie do tej drogerii. Polecam także DM - znajdziecie tam słynne lakiery p2. Jest tam także sporo kosmetyków Essence i żele pod prysznic za 65 centów pachnące owocami. ;)
11.8.11
NOSTALGIEURLAUB
Nie ma mnie, jadę na weekend do miasta, w którym mieszkałam kilka miesięcy. Odwiedzę osobę, która często mnie wspierała. Boję się wyjazdu tak jak wtedy, choć teraz już nie mam się czego bać. Chyba tylko spóźniających się pociągów uniemożliwiających przesiadkę. ;)
Taka byłam przestraszona:
Mówi Wam to coś? :)
A po miniurlopie z siatą pełną rossmannowych zapasów wracam do mej kochanej prześladowczyni, zwanej pracą magisterską. Zamieszczę także post o drogeryjnych nabytkach z ojczyzny Rossmanna. Udowodnię Wam, że polski odpowiednik jest zdziercą. :P
EDIT: Zmiana planów. Już wymieniłam złotówki na euro, już się pakowałam, a w dniu wyjazdu odebrałam SMS-a - całe plany na nic.
Taka byłam przestraszona:
Mówi Wam to coś? :)
EDIT: Zmiana planów. Już wymieniłam złotówki na euro, już się pakowałam, a w dniu wyjazdu odebrałam SMS-a - całe plany na nic.
8.8.11
IMPONDERABILIA
Zachować niezachowalne. Pociągnąć przeszłe w teraz. Pamiętać, że najpierw jest człowiek i jego osobowość, a dopiero potem role społeczne.
Oto ważna dla mnie archiwalna fotosesja, która jest wynikiem spontanicznego wieczorku.
Nie mam już odwagi łamać konwenansów. Łamanie konwenansów też zamienia się w rolę społeczną.
Oto ważna dla mnie archiwalna fotosesja, która jest wynikiem spontanicznego wieczorku.
Nie mam już odwagi łamać konwenansów. Łamanie konwenansów też zamienia się w rolę społeczną.
7.8.11
BEZ... -SENS I -NADZIEJA
Ten blog nie ma sensu. :(
Zamieszczam tu takie estetyczne niewypały...
Jakość dziuniowo-naszoklasowa.W tle oldskulowa tapeta i jakże stylowy stołek - standard studencki za 500 PLN. Z niezadowolenia łeb sobie ucięłam. ;)
Chciałam tylko pokazać mój ulubiony ubiór, jakże pospolity (co druga nastolatka... bla bla bla. Tyle że ja nastolatką nie jestem).
Zamieszczam tu takie estetyczne niewypały...
Jakość dziuniowo-naszoklasowa.W tle oldskulowa tapeta i jakże stylowy stołek - standard studencki za 500 PLN. Z niezadowolenia łeb sobie ucięłam. ;)
Chciałam tylko pokazać mój ulubiony ubiór, jakże pospolity (co druga nastolatka... bla bla bla. Tyle że ja nastolatką nie jestem).
ramoneska Bershka,
bokserka Tally Weijl,
spodnie Bershka,
buty bezfirmowe,
biżuteria: złote bransoletki i kolczyki-muszle
3.8.11
PRZECHOWALNIA
Dziś zaprezentuję moje patenty na przechowywanie biżuterii:
1. Kolczykowa panienka.
2. Świąteczne prezenty od samej siebie na Boże Narodzenie 2009.
3. Nie oceniaj książki po okładce. :P
4. Kielich bransoletek.
5. Pierwszy mebelek od TŻ-a.
6. Mebelek po otwarciu.
7. Piegowate pudełeczka na drobne kolczyki i akcesoria do włosów.
8. Kuferek ze skarbami.
Prawie wszystko pochodzi ze sklepu Nanu Nana, są to moje pamiątki z Niemiec. Z tego, co wiem, sklep ten znajduje się także we Wrocławiu.
Ordnung muss sein! :P
1. Kolczykowa panienka.
2. Świąteczne prezenty od samej siebie na Boże Narodzenie 2009.
3. Nie oceniaj książki po okładce. :P
4. Kielich bransoletek.
5. Pierwszy mebelek od TŻ-a.
6. Mebelek po otwarciu.
7. Piegowate pudełeczka na drobne kolczyki i akcesoria do włosów.
8. Kuferek ze skarbami.
Prawie wszystko pochodzi ze sklepu Nanu Nana, są to moje pamiątki z Niemiec. Z tego, co wiem, sklep ten znajduje się także we Wrocławiu.
Ordnung muss sein! :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















