Nie wiem, czym zająć myśli w oczekiwaniu na rozmowę z promotorką, więc w niedzielę wybrałam się na długi spacer z panem, z którego powinnam się odkochać. Pogoda była dokładnie taka, jak 7 lat temu, trasa ta sama - wzdłuż rozgrzanych słońcem traw i torów kolejowych. Wiedzieni głodem zaszliśmy do Tesco i do centrum handlowego. Kupiłam ulubionego ciemnego Zlatego Bażanta, doceniając jednocześnie brak przepychu w małomiasteczkowej tzw. galerii. Na okolice Półwiejskiej w Poznaniu reaguję negatywnymi odczuciami - panuje tam nadmiar lansu. W moim rodzinnym mieście tego nie ma, jest swojsko, prawie jak przed laty.
Korzystając z okazji, wybrałam się do lumpeksu na dostawę. O 10.45 tłum był duży, byłam zdezorientowana, ale nie dałam za wygraną. Odzież gorsza niż ostatnio, mimo to szukałam do skutku. Wyszperałam złotawy sweter Atmosphere (złoto hitem sezonu), jednak odrzuciłam go, bo był za drogi. Plułam sobie w brodę, że miesiąc temu nie kupiłam złotego swetra, który kosztował 3 razy mniej niż ten. Po długim namyśle wyszłam z chabrową sukienką Atmosphere (nie mam tutaj aparatu, fotki dodam w jednym z nowszych, zapowiadanych już postów o sukienkach) i torebkę... Bardzo inspirowaną Hermes Birkin. Ma nawet kłódkę i kluczyk!
W drugim lumpeksie dorwałam czarną cekinową tunikę H&M, a w trzecim - cekinowe legginsy (podaruj sobie trochę kiczu) i kolejne cieliste buty New Look. Nie wiem, skąd moje upodobanie do stylu glamour.
A oto zdjęcia oryginalnej Hermes Birkin:







