Jak już kiedyś wspomniałam, staram się być oszczędna. Nie oznacza to jednak, że używam produktów najgorszej jakości i przy zakupie sugeruję się jedynie ceną. Wiem, że chytry dwa razy traci (no dobra, mam słabość do butów i kupuję zwykłe, bezfirmowe; szybko mi się nudzą, łatwo je zareklamować, gdy się popsują, wówczas sklep pozwala na wymianę butów na inne - to lubię). Od jakiegoś czasu przeglądam wizażowe KWC, czyli recenzje kosmetyków. Okazuje się, że najdroższe nie zawsze znaczy najlepsze. Cenę często zawyża ładne opakowanie, renomowana marka i punkt, w którym kupujemy dany kosmetyk.
Nigdy nie byłam fanką zagracania łazienki kosmetykami. Gdy byłam młodsza, śmiałam się zawsze z półek zastawionych ujędrniaczami do biustu za 10 zł czy z odżywkami do rzęs. Specyfiki te wydawały mi się abstrakcyjne. Dziś już mnie to nie rusza - każdy ma inne potrzeby. Dążę do minimalizacji kosmetycznych potrzeb, gdyż ogrom związków chemicznych wcieranych w ciało na pewno nie jest korzystny dla zdrowia. Choć z chemii w szkole miałam 3 (obok WF-u był to mój znienawidzony przedmiot, już bardziej wolałam fizykę) i nic z niej nie pamiętam, nauczyłam się czytać etykietki. Na razie w stopniu podstawowym. Wiem, że SLS może podrażniać wrażliwą skórę, a parabeny to konserwanty. Wnikam także, czy dany kosmetyk zawiera ekstrakty roślinne. Bardziej zaawansowane biochemiczki i wizażanki doszły do takiej wprawy, że porównując składy, rozszyfrowały producenta biedronkowego żelu micelarnego!
Poniżej przygotowałam dla Was opis kilku moich własnych Kosmetyków Wszech Czasów za bardzo rozsądną cenę.
1. Żel micelarny Be Beauty z Biedronki: Będąc u chłopaka, musiałam umyć czymś twarz, a nie miałam ze sobą swojego żelu do mycia twarzy. Na półce w łazience stał TEN żel. Należał do "teściowej". Spojrzałam na niego z pogardą - badziewie za 5 zł, no ale trudno, trzeba czymś się umyć. Gdy tylko nałożyłam żel na twarz, zaskoczył mnie jego zapach, a jeszcze bardziej działanie. Co prawda nie używam go do demakijażu, tylko do codziennego mycia twarzy i jestem zachwycona. Skóra nie jest przesuszona, ściągnięta ani tłusta. A teraz niespodzianka - ten żel produkuje Tołpa.
2. Rzęsy mam dość długie, dlatego nie muszę wyczyniać z nimi cudów, wystarczy przejechać po nich 3 razy tuszem. Tusze za 9 zł z Rossmanna sprawdzają się doskonale. Mam Lovely w turkusowym opakowaniu, właśnie zużyłam różowy Wibo. Jestem jednak w żałobie po najlepszym tuszu, jaki w życiu miałam. Od jakiegoś czasu nie ma go w żadnym Rossmanie. Oto on, zdjęcie zapożyczone z Wizaz.pl:
3. Demakijaż oczu - tylko Rival de Loop z Rossmanna. Nie podrażnia, świetnie zmywa niewodoodporny tusz, eyeliner etc. Kosztuje niecałe 5 zł. Ekotest - sehr gut - mówi sam za siebie.
4. Paznokcie zmywam tylko zapachowym bezacetonowym zmywaczem Essence. Nie znoszę zapachu acetonu, dlatego wybrałam truskawkę i wanilię. Swój zmywacz kupiłam w Niemczech, kosztował w przeliczeniu jakieś 3,50 zł, w Douglasie widziałam go za 5 zł.
5. Szlifuję się m.in. peelingiem Naturia. Peelingi zawierają pestki owoców. Pachę potem kiwi, a moja skóra jest gładka jak trzeba. Koszt ok. 4-5 zł.
Na razie to tyle. Nie mam słabości do kosmetyków kolorowych. Nie używam podkładu, różu, błyszczyków. Wystarcza mi tusz, eyeliner, cień (najczęściej szary), kredka do oczu, puder, balsam do ust i czerwona szminka (i nie wszystko naraz).
Dążę do minimalizacji ilości kosmetyków i chemii. Ostatnio wojnę wypowiedziałam antyperspirantom. Już niedługo zużyję mój ostatni. Następnym moim zakupem będzie Crystal Essence - dezodorant w kulce BEZ aluminium i konserwantów, naturalny, nieżrący. Niech Rexony i inne takie idą się bujać (rozwaliła mnie ich reklama sugerująca, że Polki to brudasy, bo kupują zaledwie 2 antyperspiranty rocznie. Bardzo dbam o higienę. Przy codziennym używaniu potrzebuję właśnie 1 na pół roku. Nie smaruję się nimi cała. :P. Od teraz będę używać tylko Crystal. Nie chcę raka piersi, magazynowania w sobie toksyn, wyżartych plam na bluzkach i zapchanych porów skóry).
Dajcie znać, czy w ogóle czytacie moje wypociny i czy Was w ogóle interesują. Lubię pisać, lubię także wiedzieć, czy komuś moja pisanina odpowiada. ;)
3.9.11
1.9.11
KELLY BUNDY INSPIRUJE
Notka powstała dziś w nocy, dodaję ją dopiero teraz, gdy kolega użyczył mi Internetu. Pod notką zamieszczam zdjęcia Christiny Applegate w serialu "Świat według Bundych".
Są takie dni, a raczej noce, kiedy jestem nadpobudliwa i mam nieprzemożoną chęć uładzenia przestrzeni, w której przebywam. Zaczynam wówczas sortować i wyrzucać papiery, kosmetyki i ubrania. Innych rzeczy nie przechowuję. W pokoju studenckim nie mam ramek ze zdjęciami, figurek, świec. Nie należę do osób, które używają zwrotu: "To się jeszcze na coś przyda". Paradoksalne jest to, jak bardzo związana jestem z przeszłością, a zarazem jak bardzo jej nie cierpię - powracam do niej, by usunąć jej złe pamiątki, relikty własnego zagubienia. Wyrzucanie działa na mnie terapeutycznie. Spakowałam już dziurawą poduszkę z pierzem (zawiozę mamie, piórami napełni inną poduszkę), kiepski szampon, stare zapiski. W kącie szafy zawisły bolerka, koszule na zamek i dziwne sukienki. Nie chcę ich. Nie podobają mi się. Mam je od długiego czasu, nie noszę, oddam je bądź sprzedam na Allegro za kilka złotych. Nie cierpię chomikowania rzeczy z czasu niedookreślenia się. Teraz już znalazłam swój styl - to osobliwa mieszanka rocka, glamour, marynarza i retro-kobiecy. Od długiego czasu prowadzę skrupulatne zapiski dotyczące każdego wydatku, nawet zrobienia kserokopii za 14 gr. W osobnym zestawieniu dzielę tematycznie wydatki inne niż opłata za pokój, sieciówkę, net i telefon oraz jedzenie. Mam na myśli ubrania, chemię i kosmetyki, ksero, książki, czasopisma i pozostałe. Z miesiąca na miesiąc wydatki są coraz lepiej planowane. Zakreślam rzeczy, bez których mogłam się obejść. Wyeliminowałam gazety, zredukowałam swoje potrzeby. Jestem przerażona kosztami życia poza domem rodzinnym. Będąc na pierwszym roku studiów, wydawałam nieco ponad 10 zł dziennie, pokój kosztował 300 zł. Po zajęciach chodziłam po antykwariatach i księgarniach. Dziś... najniższa krajowa pensja oznaczałaby dla mnie głód i frustrację. Nie ma możliwości, by zejść poniżej 1100 zł na miesiąc. Polecam każdemu takie planowanie. Każdy głupi zakup dokonany pod wpływem chwili może stać się uporczywym wyrzutem sumienia.
Oglądanie blogów o modzie ma 1 zaletę - wyrabia gust. Na podstawie upatrzonych rzeczy robię swoją listę. Nietypową. Szkicuję ubrania, których poszukuję. Przyzwyczajam wzrok do tych fasonów i uderzam na lumpeks. Czasem na centrum handlowe lub Allegro. Droższe rzeczy zacznę kupować, gdy już będę miała własną pensję, a nie jak dotychczas - oszczędności, prace dorywcze i stypendium (z likwidacją stypendiów naukowych ostro przesadzili). Nie mam sumienia w wieku 23 lat prosić mamę o kupno dwudziestej pary butów.
Umiłowanie do porządku może być obsesją (polecam "Palacza zwłok" Ladislava Fuksa, jak i całą literaturę czeską, którą studiuję). Obsesją może być także zgoła przeciwna właściwość - umiłowanie bałaganu.
Jest noc, 1.40, słucham Grzegorza Ciechowskiego i czuję się uwolniona od gratów. Na biurku leży schemat z wewnętrznym zróżnicowaniem polszczyzny. Kiedyś trzeba dokończyć pracę magisterską. Za 19 dni zostanie oddana. Zdążę, muszę.
Cieszę się na wolną przestrzeń w szafie, na niedługi koniec polonistyki i kontynuację bohemistyki. Wyrażam nadzieję na znalezienie ciekawej pracy w wolnym wymiarze godzin. Wierzę, że w październiku udam się na wakacje, na urodziny sprawię sobie poezje Frantiska Halasa i perfumy Dior Hypnotic Poison Eau Sensuelle.
Mam nadzieję, że rodzina będzie zdrowa, że w miłości będzie dobrze. Tylko takie założenia maja sens.
Jak widzicie - lubię modę. Tylko lubię. Przebrzmiałej się pozbywam, chcę iść do przodu. Moda to tylko małe tło w wycinku życia realnego.
Życzę wszystkim, by mogli zarwać nockę, powyrzucać nieco i zdać sobie sprawę z błahości tkanin i fasonów.
Lubię spać do 10. Nie zmuszam się do wstawania z budzikiem. Boję się skutków braku wypoczynku. To moja recepta na dobrą pamięć. Mam też nadzieję, że życie w zgodzie z własnym zegarem biologicznym uchroni mnie przed chorobami.
Dobranoc.
A tu pamiętna Kelly. Była to moja ulubiona bohaterka serialu - niezbyt lotnego, ale świetnie relaksującego. Od zawsze podobała mi się uroda aktorki grającej tępą "Kluseczkę" (tak mówił na nią Al). Gdy dziś patrzę na zdjęcia z serialu, moda z początku lat 90. wydaje mi się szalenie inspirująca. Czy nie wydaje Wam się, że wszechobecne ramoneski, biżuteria w kształcie krzyża i czerwona obcisła sukienka Muchy z H&M są dziwnie znajome?
Christina dziś. Mimo upływu czasu i przeciwnościom losu (wygrała walkę z rakiem piersi) nadal piękna:

Są takie dni, a raczej noce, kiedy jestem nadpobudliwa i mam nieprzemożoną chęć uładzenia przestrzeni, w której przebywam. Zaczynam wówczas sortować i wyrzucać papiery, kosmetyki i ubrania. Innych rzeczy nie przechowuję. W pokoju studenckim nie mam ramek ze zdjęciami, figurek, świec. Nie należę do osób, które używają zwrotu: "To się jeszcze na coś przyda". Paradoksalne jest to, jak bardzo związana jestem z przeszłością, a zarazem jak bardzo jej nie cierpię - powracam do niej, by usunąć jej złe pamiątki, relikty własnego zagubienia. Wyrzucanie działa na mnie terapeutycznie. Spakowałam już dziurawą poduszkę z pierzem (zawiozę mamie, piórami napełni inną poduszkę), kiepski szampon, stare zapiski. W kącie szafy zawisły bolerka, koszule na zamek i dziwne sukienki. Nie chcę ich. Nie podobają mi się. Mam je od długiego czasu, nie noszę, oddam je bądź sprzedam na Allegro za kilka złotych. Nie cierpię chomikowania rzeczy z czasu niedookreślenia się. Teraz już znalazłam swój styl - to osobliwa mieszanka rocka, glamour, marynarza i retro-kobiecy. Od długiego czasu prowadzę skrupulatne zapiski dotyczące każdego wydatku, nawet zrobienia kserokopii za 14 gr. W osobnym zestawieniu dzielę tematycznie wydatki inne niż opłata za pokój, sieciówkę, net i telefon oraz jedzenie. Mam na myśli ubrania, chemię i kosmetyki, ksero, książki, czasopisma i pozostałe. Z miesiąca na miesiąc wydatki są coraz lepiej planowane. Zakreślam rzeczy, bez których mogłam się obejść. Wyeliminowałam gazety, zredukowałam swoje potrzeby. Jestem przerażona kosztami życia poza domem rodzinnym. Będąc na pierwszym roku studiów, wydawałam nieco ponad 10 zł dziennie, pokój kosztował 300 zł. Po zajęciach chodziłam po antykwariatach i księgarniach. Dziś... najniższa krajowa pensja oznaczałaby dla mnie głód i frustrację. Nie ma możliwości, by zejść poniżej 1100 zł na miesiąc. Polecam każdemu takie planowanie. Każdy głupi zakup dokonany pod wpływem chwili może stać się uporczywym wyrzutem sumienia.
Oglądanie blogów o modzie ma 1 zaletę - wyrabia gust. Na podstawie upatrzonych rzeczy robię swoją listę. Nietypową. Szkicuję ubrania, których poszukuję. Przyzwyczajam wzrok do tych fasonów i uderzam na lumpeks. Czasem na centrum handlowe lub Allegro. Droższe rzeczy zacznę kupować, gdy już będę miała własną pensję, a nie jak dotychczas - oszczędności, prace dorywcze i stypendium (z likwidacją stypendiów naukowych ostro przesadzili). Nie mam sumienia w wieku 23 lat prosić mamę o kupno dwudziestej pary butów.
Umiłowanie do porządku może być obsesją (polecam "Palacza zwłok" Ladislava Fuksa, jak i całą literaturę czeską, którą studiuję). Obsesją może być także zgoła przeciwna właściwość - umiłowanie bałaganu.
Jest noc, 1.40, słucham Grzegorza Ciechowskiego i czuję się uwolniona od gratów. Na biurku leży schemat z wewnętrznym zróżnicowaniem polszczyzny. Kiedyś trzeba dokończyć pracę magisterską. Za 19 dni zostanie oddana. Zdążę, muszę.
Cieszę się na wolną przestrzeń w szafie, na niedługi koniec polonistyki i kontynuację bohemistyki. Wyrażam nadzieję na znalezienie ciekawej pracy w wolnym wymiarze godzin. Wierzę, że w październiku udam się na wakacje, na urodziny sprawię sobie poezje Frantiska Halasa i perfumy Dior Hypnotic Poison Eau Sensuelle.
Mam nadzieję, że rodzina będzie zdrowa, że w miłości będzie dobrze. Tylko takie założenia maja sens.
Jak widzicie - lubię modę. Tylko lubię. Przebrzmiałej się pozbywam, chcę iść do przodu. Moda to tylko małe tło w wycinku życia realnego.
Życzę wszystkim, by mogli zarwać nockę, powyrzucać nieco i zdać sobie sprawę z błahości tkanin i fasonów.
Lubię spać do 10. Nie zmuszam się do wstawania z budzikiem. Boję się skutków braku wypoczynku. To moja recepta na dobrą pamięć. Mam też nadzieję, że życie w zgodzie z własnym zegarem biologicznym uchroni mnie przed chorobami.
Dobranoc.
A tu pamiętna Kelly. Była to moja ulubiona bohaterka serialu - niezbyt lotnego, ale świetnie relaksującego. Od zawsze podobała mi się uroda aktorki grającej tępą "Kluseczkę" (tak mówił na nią Al). Gdy dziś patrzę na zdjęcia z serialu, moda z początku lat 90. wydaje mi się szalenie inspirująca. Czy nie wydaje Wam się, że wszechobecne ramoneski, biżuteria w kształcie krzyża i czerwona obcisła sukienka Muchy z H&M są dziwnie znajome?
Christina dziś. Mimo upływu czasu i przeciwnościom losu (wygrała walkę z rakiem piersi) nadal piękna:

30.8.11
SZAFA EKSHIBICJONISTKA
Tymczasowo nie mam Internetu (a to nawet dobrze). Korzystam z uprzejmości mojego współlokatora i kumpla zarazem. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić wynajętej szafie.
Choć nie mam dziś tak bojowego nastroju jak w dniu dodania wpisu potępiającego blogowe pustostany, uznałam, że warto zamieścić tu nieco nowego. Sinusoida mojego humoru balansuje między zerem a wielkim minusem, dlatego, by nie myśleć o sobie (niewychodzenie poza siebie podczas smutku nasila przykre jego objawy), zajmę Drogich Czytelników rzeczami błahymi. Zapraszam Was do obejrzenia szafy pani Grażynki, od której wynajmuję pokój. Jejmość Grażynka wie, że jej mieszkanie ma zaledwie 3 zalety: widok (15 piętro), metraż i układ (70 m kw., 3 pokoje, wielki korytarz z oknem, osobna łazienka i WC) oraz wielkie szafy Komandor. Dlatego też żywię nadzieję, że sobotni potencjalni klienci przybyli w celu obejrzenia lokum, zniechęceni są wysokim czynszem i koniecznością generalnego remontu, dlatego nie eksmitują czworga sympatycznych studentów. A teraz utrwalam szafę, ten patent zapamiętam i powielę, gdy za 50 lat dorobię się własnych kilku ścian, rur, przewodów i okien, potocznie zwanych mieszkaniem. A tymczasem zapraszam do szafy! (Póki jeszcze mogę z niej korzystać).
Tańsza wersja wieszaków - plastikowe na sukienki i koszule. Obwieszone letnimi sukienkami szybko się nie wygną, poza tym mają praktyczne haczyki na tasiemkowe wieszaczki.
Wersja burżujska - wieszaki drewniane na odzież wierzchnią. To były najdroższe wieszaki w moim życiu, a dorwałam je w sklepie z chińszczyzną. Płacąc za nie, zgubiłam przy kasie 50 zł (kocham portfel Stradivarius z dziurawymi przegródkami, wrrr). 8 sztuk w IKEA kosztuje 16 zł.
Należę do rzadkiego typu pedantów. Jak nie wieszak, to kosteczka. Tak składam bluzki, minispódniczki, T-shirty i spodnie. Na punkcie prania mam podobnego świra. Używam płynów do prania i płukania. Gdy mieszkałam na co dzień w domu rodzinnym, praniem zajmowała się mama, która niechcący robiła mnie na szaro - spierała moje ukochane czarne bluzki i spodnie Persilem. Dziś wszystko piorę sama - uwielbiam zapach świeżych ubrań. A oto mój ulubiony płyn do płukania, niestety coraz rzadziej dostępny:
A teraz to, co kobiety lubią najbardziej - buty. Pokazuję jedynie część kolekcji, reszta jest na chorobowym (naprawy u szewca) albo na urlopie (w domu rodzinnym - ostatnio jak prawdziwa kobieta nie zmieściłam wszystkich swoich rzeczy do jednej walizki):
Proszę się nie śmiać z filcowych wkładek. Żelowych nigdy więcej. :P
A zimowe swetry i buty trzymam w kartonach kupionych w Black Red White (polska namiastka IKEA, polecam):
A jak Wy przechowujecie swoje ubrania?
Następnym razem umieszczę wpisy poświęcone sukienkom i moim wędrówkom po Poznaniu (czyli ani słowa o ubraniach i modzie).
Choć nie mam dziś tak bojowego nastroju jak w dniu dodania wpisu potępiającego blogowe pustostany, uznałam, że warto zamieścić tu nieco nowego. Sinusoida mojego humoru balansuje między zerem a wielkim minusem, dlatego, by nie myśleć o sobie (niewychodzenie poza siebie podczas smutku nasila przykre jego objawy), zajmę Drogich Czytelników rzeczami błahymi. Zapraszam Was do obejrzenia szafy pani Grażynki, od której wynajmuję pokój. Jejmość Grażynka wie, że jej mieszkanie ma zaledwie 3 zalety: widok (15 piętro), metraż i układ (70 m kw., 3 pokoje, wielki korytarz z oknem, osobna łazienka i WC) oraz wielkie szafy Komandor. Dlatego też żywię nadzieję, że sobotni potencjalni klienci przybyli w celu obejrzenia lokum, zniechęceni są wysokim czynszem i koniecznością generalnego remontu, dlatego nie eksmitują czworga sympatycznych studentów. A teraz utrwalam szafę, ten patent zapamiętam i powielę, gdy za 50 lat dorobię się własnych kilku ścian, rur, przewodów i okien, potocznie zwanych mieszkaniem. A tymczasem zapraszam do szafy! (Póki jeszcze mogę z niej korzystać).
Tańsza wersja wieszaków - plastikowe na sukienki i koszule. Obwieszone letnimi sukienkami szybko się nie wygną, poza tym mają praktyczne haczyki na tasiemkowe wieszaczki.
Wersja burżujska - wieszaki drewniane na odzież wierzchnią. To były najdroższe wieszaki w moim życiu, a dorwałam je w sklepie z chińszczyzną. Płacąc za nie, zgubiłam przy kasie 50 zł (kocham portfel Stradivarius z dziurawymi przegródkami, wrrr). 8 sztuk w IKEA kosztuje 16 zł.
Należę do rzadkiego typu pedantów. Jak nie wieszak, to kosteczka. Tak składam bluzki, minispódniczki, T-shirty i spodnie. Na punkcie prania mam podobnego świra. Używam płynów do prania i płukania. Gdy mieszkałam na co dzień w domu rodzinnym, praniem zajmowała się mama, która niechcący robiła mnie na szaro - spierała moje ukochane czarne bluzki i spodnie Persilem. Dziś wszystko piorę sama - uwielbiam zapach świeżych ubrań. A oto mój ulubiony płyn do płukania, niestety coraz rzadziej dostępny:
A teraz to, co kobiety lubią najbardziej - buty. Pokazuję jedynie część kolekcji, reszta jest na chorobowym (naprawy u szewca) albo na urlopie (w domu rodzinnym - ostatnio jak prawdziwa kobieta nie zmieściłam wszystkich swoich rzeczy do jednej walizki):
Proszę się nie śmiać z filcowych wkładek. Żelowych nigdy więcej. :P
A zimowe swetry i buty trzymam w kartonach kupionych w Black Red White (polska namiastka IKEA, polecam):
A jak Wy przechowujecie swoje ubrania?
Następnym razem umieszczę wpisy poświęcone sukienkom i moim wędrówkom po Poznaniu (czyli ani słowa o ubraniach i modzie).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















