27.8.11

POŻEGNANIE Z SIECZKĄ

Ostrzegam, że poniższa notka rozprawia się z tym, co zaczęło mnie niedawno męczyć. To nie atak na wszystkie blogujące, a ogół obserwacji, które poczyniłam.
Żałuję, ze tak wiele czasu spędziłam na oglądaniu internetowej modowej sieczki. Dość mam krzykliwego Pudelka, gdy loguję się do poczty o2. Zmęczył mnie Wizaż i niektóre dyskusje, coraz bardziej dające mi do zrozumienia, co oznacza powiedzenie babskie gadanie. Jestem zmęczona moją praca magisterską, do której ukończenia zostało mi maksymalnie 15 stron.  Wałkowanie w kółko świata kobiet, mody i urody.
A szczególnie dość mam blogów o modzie.
Jest kilka, które cenię: prowadzą je dziewczyny mające własny styl, kupujące w lumpeksach i - co najważniejsze - mające UMIAR.
Te najbardziej znane blogerki/szafiarki (zwał jak zwał)  to albo komercyjne pseudogwiazdy, hulające po bankietach w ciuchach sponsorów, albo osoby cierpiące na zaburzenia kompulsywne - zakupoholiczki.
Nie, nie jestem zazdrosna. Po 1,5 roku obserwowania poczynań blogów większych i mniejszych zmęczyło mnie to wszystko. Owczy pęd do bycia modną, stado przyklaskujących licealistek, gdy ich ulubiona gwiazda sfotografuje się w worku po ziemniakach Gucci. Równie drażniąco wpływa na mnie nadużywanie przyimka od używanego w odniesieniu do rzeczy markowych. Z tego, co wiem, przyimek ten zazwyczaj wskazuje na prezent. Chyba że naprawdę sponsorzy przesyłają rodzimym gwiazdeczkom drogie podarunki.
Apogeum nastąpiło, gdy na moich ulubionych blogach zaczęły pojawiać się reklamy pasty do zębów. Gdy zobaczyłam nabywcę foliowej reklamówki za 500 zł. Gdy trafiłam na jeden blog, na którym autorka napisała, że nie prała 80% swoich rzeczy, bo miała je na sobie tylko raz. Przeraża mnie to, że dziewczyny, które piszą coś w stylu: "szkoda, że teściowa poszła do szpitala, teraz ja będę musiała gotować", które mają ciągły debet na koncie, bo ich jedyną wielką pasją jest kupowanie, znajdują taki poklask. Żyjemy w czasach wielkiej konsumpcji: wzrokowej, doznaniowej, gdzie przestały liczyć się prawdziwe wartości.
Nie wiem, czy to moja intuicja, czy wmówienie sobie, że te uśmiechnięte buźki studentek to rodzaj mitologicznych Narcyzów, pozujących na istoty równie urocze, co sympatyczne, rekompensujących sobie pewne braki sztucznym światem mody. Na blogach nie ma koleżanek, nie ma studiowania, nie ma pracy, nie ma rodziny, nie ma problemów. Są uśmieszki, ciuszki, drogie obiadki (bynajmniej nie jest to schabowy z kapustą), uściski faceta na tle zachodzącego słońca. Idealizacja ponad wszystko. Nie ma dnia na łzy bezradności, gorzkie refleksje, bo przecież codziennie trzeba uwiecznić swój uśmiech na tle parku w najnowszych nabytkach z Zary.
Drażni mnie obnoszenie się z luksusem w kraju, gdzie co drugi absolwent pracuje na umowę zlecenie za 1200 zł albo bezskutecznie szuka pracy tułając się od stażu do stażu. No ale przecież mamy kapitalizm, nie wolno nikomu zaglądać do kieszeni. Nie, nie jestem zazdrosna.
Oburza mnie, że pannice, które lekką ręką wydają pieniądze na rzeczy, których w ogóle nie noszą (i organizują wyprzedaże z nowymi rzeczami bądź założonymi raz do zdjęcia), są wspierane w swoim bezsensownym postępowaniu.
Blogi miały inspirować, pokazać, jak fajnie można się ubrać na kieszeń studenta, wyrazić swoje bogate wnętrze ubiorem. Teraz stanowią przyczynek do wzięcia udziału w gonitwie za luksusem i konsumpcją.

23.8.11

"NASZE DOMY OBOK FABRYK"...

Muzyka inspiruje mnie wyłącznie literacko. Jak zatem ubrać się do tej piosenki?



Ci panowie byli co najmniej stylowi...

21.8.11

IKONY KINA I URODY Z PRL-U

Kobieta nie tylko zmienną, ale różnorodną jest. Bardzo lubię styl rockowy (blog Irji czy jej przyjaciółki Missi), styl elegancki i kobiecy (blog Gabi, Katarzyny oraz zagraniczny Kayture), styl retro/pin up (blog Magdy). Moje gusta tworzą hybrydyczną całość, więc każdego dnia wybieram jeden z trzech.
Dziś chciałam Wam pokazać moje kobiece ideały retro. W Poznaniu nie mam wynalazku szatana - telewizora, więc, korzystając z pobytu w domu rodzinnym, spędziłam część niedzieli na oglądaniu ciekawych filmów. Raz do roku można, a nuż puszczą coś godnego uwagi. ;) Po raz kolejny miałam dziś okazję zobaczyć na PL "Lekarstwo na miłość" z Kaliną Jędrusik i Krystyną Sienkiewicz. Patrzyłam z podziwem na urodę i styl kobiet z lat 60. Aż zapytałam mamę, czy każda kobieta wówczas tak ładnie wyglądała - rodzicielka potwierdziła i odpowiedziała, że wówczas nie do pomyślenia było niechlujstwo. Zaczęłam więc po raz kolejny zastanawiać się nad naszą konsumpcyjną rzeczywistością, w której jeansy i krzykliwe nadruki na koszulkach grają pierwsze skrzypce. (A sama takie noszę).
Nie mam dziś weny na pisanie z polotem, zostawiam Was ze zdjęciami kobiet, które były ikonami lat 60.

Niezapomniana Kalina Jędrusik. Choc jej uroda nie do końca do mnie przemawia, uwielbiam jej styl i sposób bycia:





... i w duecie z Krystyną Sienkiewicz:


A tu sama Krystyna:



Najdelikatniejsza uroda, kobieta-lilia. Przepiękna Pola Raksa:




I, niestety, zapomniana już Krystyna Stypułkowska. Uroda w stylu Audrey Hepburn. Sarnie oczy, delikatna dziewczęcość i zwiewne ruchy. Tu w filmie Wajdy "Niewinni czarodzieje". Ach, gdyby każdy facet w ten sposób podrywał kobietę...




Podoby fason sukienki był niedawno w Zarze. ;) Dość chodliwy towar.

Zapomniałabym jeszcze o sympatycznej pyzatej Anuli z "Wojny domowej":





Oprócz tego, że zaczęłam malować oczy eye-linerem (nareszcie się nauczyłam), w momentach złości na plączące się włosy (mam prawie do pasa) chcę je ściąć i mieć fryzurę jak większość powyższych aktorek. Na ten krok pewnie w najbliższym czasie się nie odważę. Zresztą, co ze mnie za dama retro w ramonesce...
Notka ta nareszcie jest zgodna z pierwotna ideą tego bloga - pokazuję modę, wartościując ją. Zdjęcia własne mi nie wychodzą. ;)
No, to idę na rower, póki jestem w zielonym mieście.