18.8.11

ZLUMP SIĘ NA WYJŚCIE!

Gdy się nie ma, co się lubi:


... to się lubi, co się ma:
I szczerze wątpię, że będę paradować z Chanel 2.55, gdyż nie mam zadatków na kobietę biznesu, a odrzuca mnie szukanie faceta, gdzie jedynym kryterium jest jego status majątkowy.

Poniżej wycięte do granic możliwości zdjęcia z wypadu na piwo. Sentymentalnego, po latach. A pod zdjęciami recepta na to, jak się zlumpić wyjściowo.



kurtka - lump
srebrny sweter - lump H&M Divided
legginsy - zwykłe
buty - lump New Look
torebka - Terranova
wisior z lusterkiem - H&M

16.8.11

PRODUKTY Z NIEMIECKIEGO ROSSMANNA

W Berlinie nie byłam, co mnie bardzo rozczarowało, tym bardziej, że o nagłej przeszkodzie dowiedziałam się 6 godzin przed wyjazdem. Mimo to postanowiłam dodać obiecaną notkę. Wpis dedykuję Irji, która zachęciła mnie do prowadzenia tego bloga i czasem tu zagląda. ;) Od mojego powrotu z Niemiec minął rok, jednak na domowej półce nadal goszczą świetne kosmetyki zakupione w stolicy naszych zachodnich sąsiadów. Obecnie, widząc kosmetyki w polskim Rossmannie, zastanawiam się, dlaczego u nas jest drożej. Czy wiecie, że żele pod prysznic Isana sprzedawane w Polsce po 3,99 zł rok temu w niemieckim Rossmannie można było kupić po 49 centów, czyli ok. 2 zł? Czy wiecie, że żele pod prysznic w Niemczech kosztują mniej niż w Polsce z promocją? Pamiętam, że za Nivea płaciłam 1,45 euro, czyli 6 zł. W Polsce to wydatek co najmniej 9 zł. Nie wiem, jak to jest. Być może wpływ ma na to fakt, że podatek VAT w Niemczech wynosi 19%, a gospodarka jest na o wiele wyższym poziomie rozwoju. Jeśli chcecie wypróbować niemieckich kosmetyków czy chemii gospodarczej, polecam straganiki. Przekonacie się, że Niemcy przede wszystkim cenią jakość. Kupując kosmetyki, zwracajcie uwagę na czerwono-białe naklejki z ekotestem. Lenor Lenorowi nierówny. ;)
A oto moje kosmetyczne pozostałości:
Od lewej:
1. Balsam Fenjal - rewelacja, konsystencja mleczka, delikatny zapach, żadnych parabenów w składzie. Ekotest - produkt bardzo dobry. Balsam kosztował ok. 3 euro, tj. 12 zł. Kosmetyk od niedawna dostępny jest w Polsce, a jego cena woła o pomstę do nieba.
2. Balsam Florena - marka Florena powstała jeszcze w czasach DDR, jednak nie ma ona nic wspólnego z komunistyczną "jakością". Są to tanie kosmetyki, jednak szybko zapałałam do nich miłością. Balsam pięknie pachnie, nie znam nic polskiego, co by ten zapach przypominało. Kosmetyk zawiera masło shea, świetnie nawilża, bo jest lekko tłustawy - w sam raz na zimę. Ekotest - bardzo dobry. Cena ok. 3-3,50 euro, tj. 12-14 zł.
3. Dezodorant Impulse Vanila - to już klasyk. Nie mdli, otula lekką charakterystyczną mgiełką freonowej wanilii. Szkoda, że w Polsce już go nie ma. Cena 1,45 euro, tj. ok. 6 zł.
4. Kakaowe masło do ciała Welness&Beauty - jeszcze hermetycznie zamknięte. Zakochałam się w zapachu (sprawdziłam na żelu pod prysznic z tej serii - żel dostaniecie w Polsce) . Kosmetyk kosztował 2,50 euro, tj. 10 zł.
5-6. Kremy do rąk Florena - rewelacyjnie nawilżają dłonie, otulają je boskimi zapachami i nie powodują uczucia lepkości - wchłaniają się błyskawicznie. Rozmiar normalny - 1 euro, tj. 4 zł, wersja mini do torebki - 50 centów, tj. 2 zł. Uwielbiałam testować kosmetyki na wersjach mini, których w Niemczech jest zatrzęsienie.

A tutaj są najlepsze bibułki matujące jakie miałam i elegancki puder rossmannowej marki Rival de Loop. Bibułek jest 60, są dość duże i świetnie spełniają swoje zadanie. W opakowaniu wbudowane jest lusterko. Bibułki kosztowały ok. 1,50 euro, tj. 6 zł. Puder z kolei kosztował ok. 2,50 euro, tj. 10 zł. Miałam jeszcze drugi puder - mineralny. Obydwa spisywały się świetnie i także mają w pudełku małe lusterko.
Codziennie w drodze z uczelni mijałam 3 Rossmanny, często do nich wstępowałam. Gdy będziecie w Niemczech, koniecznie zajrzyjcie do tej drogerii. Polecam także DM - znajdziecie tam słynne lakiery p2. Jest tam także sporo kosmetyków Essence i żele pod prysznic za 65 centów pachnące owocami. ;)

11.8.11

NOSTALGIEURLAUB

Nie ma mnie, jadę na weekend do miasta, w którym mieszkałam kilka miesięcy. Odwiedzę osobę, która często mnie wspierała. Boję się wyjazdu tak jak wtedy, choć teraz już nie mam się czego bać. Chyba tylko spóźniających się pociągów uniemożliwiających przesiadkę. ;)
Taka byłam przestraszona:


Mówi Wam to coś? :)

A po miniurlopie z siatą pełną rossmannowych zapasów wracam do mej kochanej prześladowczyni, zwanej pracą magisterską. Zamieszczę także post o drogeryjnych nabytkach z ojczyzny Rossmanna. Udowodnię Wam, że polski odpowiednik jest zdziercą. :P

EDIT: Zmiana planów. Już wymieniłam złotówki na euro, już się pakowałam, a w dniu wyjazdu odebrałam SMS-a - całe plany na nic.